Nowy Jork Londyn Toruń Sydney |
|||||
|
|
|||||
|
Grzesiek Stryjas 2 styczeń 2008 No więc tak… Na początku wspomnę, że był to mój ‘pierwszy raz’ w USA. Wybrałem się tam razem z dwójką moich znajomych – Julią i Łukaszem. Naszym celem stał się Yosemite National Park, położony w rozpalonej słońcem Californii. Wystartowaliśmy 27 czerwca 2007 z warszawskiego Okęcia o godz. 7.30. Przyszło nam lecieć z przesiadką w Paryżu francuskimi liniami Air France, co jak się później okazało, wyszło nam na dobre (lot bez turbulencji, w miarę znośne jedzenie i genialny korytarz powietrzny – Francja, Wielka Brytania, Islandia, Grenlandia, Kanada). Po 14 godzinach lotu ujrzałem San Francisco Bay i wtedy dotarło do mnie, że nareszcie postawię stopę w kraju, do którego od dziecka chciałem przybyć. Wylądowaliśmy na Międzynarodowym Lotnisku w SF i po odebraniu bagażu opuściliśmy to miejsce, aby pojawić się na pobliskim postoju taxówek. Złapaliśmy vana (bo mieliśmy sporo walizek), którego kierowcą był kiepsko mówiący po angielsku Koreańczyk. Podaliśmy cel naszej przejażdżki (dworzec autobusowy Greyhound) i reszta już nas nie obchodziła. Podziwialiśmy zza okien samochodu podobno najpiękniejsze miasto USA, światową, pagórkowatą stolicę nowoczesności, braku miejsc parkingowych, a także homosexualistów…
Dojechaliśmy tam o 22.30 i zmordowani podróżą doczłapaliśmy się do motelu Slumber (bardzo fajny – polecam… niby w niebezpiecznej dzielnicy, ale co tam). Zostaliśmy tam 2 dni, podczas których poznaliśmy prawdziwe znaczenie kalifornijskiego upału i pewną bardzo miłą osobę, ale jest to temat na osobną opowieść… Potem udaliśmy się Yarts’em do naszego destination. Tak sobie jechaliśmy, jechaliśmy i w miarę oddalania się od Merced nachodziła nas tylko jedna myśl – ‘ale wygnajewo ten park!’.
W tym miejscu powinienem napisać coś o warunkach mieszkalnych i pracy, jednak przy całej tej podróży były to tylko takie tam dodatki do spania i zarobienia kasy na dalsze voyage voyage. No ale – mieszkaliśmy w tzw. cabin tents, czyli w namiotach na kształt domku, wspartego na drewnianym szkielecie. Początkowo strasznie nas te warunki przeraziły, ale jak się potem okazało, człowiek w nich tylko spał, bo po powrocie z pracy, oddawał się atrakcjom oferowanym przez park lub spotkaniom z poznanymi tam ludźmi (a można było wybierać spośród Ekwadorczyków, Amerykanów, Turków, Kolumbijczyków, Mexykanów, Czechów, Słowaków, Rosjan itd. – mieszanka wybuchowo-rozrywkowa jak się patrzy). Polaków też było co nie miara (około 30) tak więc trzymaliśmy się razem :). Ja pracowałem jako roomskeeper, a Julia i Łukasz jako kasjerzy. I tak nam czas płynął – poprzez pracę, oczekiwanie do off’a (dnia wolnego), łażenie po górach, kąpielach w jeziorkach, spływach po rzece, shoppingu. Imprezowało też się dość dużo, a w jednego off’a to pojechaliśmy na skydiving (takie bardziej extremalne spadochroniarstwo). Co by nie mówić – nawet ja – tak sceptycznie na początku nastawiony do tego miejsca, z czasem je polubiłem na maxa, a dziś, siedząc w Polsce, po prostu mi go strasznie brakuje… i klimatu tam panującego – zarówno tego meteorologicznego jak i międzyludzkiego. Przejdę może teraz do dnia 5 września, gdzie 12-osobową ekipą (Toruń + Lublin + Katowice + Olsztyn + Starachowice) wybraliśmy się (po uprzednim wypożyczeniu vana) do Las Vegas. I nie jak normalni ludzie – autostradą, tylko przez Dolinę Śmierci (gdzie, gdyby nie spotkany poszukiwacz złota, to nie czytalibyście dziś tej opinii – bo zabrakło nam benzyny na środku pustyni i gdyby on nam jej nie sprzedał, to uschlibyśmy tam tak, jak studenci bez alkoholu :]). Las Vegas to nawet nie będę się starał opisać, bo tam trzeba po prostu pojechać – neony, muza z każdej strony, dźwięk jednorękiego bandyty, legalna prostytucja – istny paradise! Do tego jeszcze wypożyczyliśmy sobie limuzynę na kształt Hummer’a (tyle tylko, że lepszą) i odbyliśmy w niej najlepszą imprezę naszego życia (przy akompaniamencie czarnej muzy i lejących się napojów wyskokowych). Jak szaleć to szaleć!!! Dnia 21 września przyszło nam opuścić… Yosemite i… rozpocząć nasz American Trip!!! Najpierw pojechaliśmy do San Francisco na pożegnalną imprę do naszych znajomych z Lublina, których poznaliśmy właśnie w parku. Ale się działo!... Napisałbym coś, gdybym pamiętał :) Odwiedziliśmy Lombard Street (najbardziej krętą ulicę świata), Coit Tower, wzgórze Twin Peaks, Golden Gate Park, most Golden Gate, Chinatown, udaliśmy się na shopping (zresztą jak w każdym miejscu, które zwiedzaliśmy). W planach było jeszcze Alcatraz, jednakże przez brak aktualizacji w Necie, nie było już dla nas miejsc. Więc zamiast tego, poszliśmy do oceanarium. I właśnie podczas pobytu tam, wybito nam szybę w samochodzie i ukradziono cenne rzeczy (m.in. laptopy, trochę kasy i mi np. paszport). Ta sytuacja podłamała nas na maxa, ale stwierdziliśmy, że nie przyjechaliśmy tu po to, żeby się zamartwiać, tylko żeby korzystać ile się da. Więc poszedłem tylko złożyć raport na policję (przynajmniej już wiem jak to zrobić) i wyruszyliśmy w kierunku Los Angeles. Wszyscy odradzali nam to miasto – bo brzydkie, nudne, nic nie ma ciekawego oprócz Alei Gwiazd i napisu Hollywood. Nam jednak strasznie ono przypadło do gustu! Rozłożyste ulice, palmy inne niż w SF, Beverly Hills, 3rd Avenue, Universal Studio, Rodeo Drive, Malibu Beach, Santa Monica, Venice Beach, Long Beach, Laguna Beach (na tych plażach kręcili Słoneczny Patrol :]) itd. Było bombowo i tu też spotkaliśmy bardzo fajnych ludzi. Potem udaliśmy się do San Diego – miasta niezwykle imprezowego, spokojnego i z fenomenalną nocną panoramą wieżowców tzw. skyline’em. Właśnie stąd mieliśmy się udać do Mexyku (co od początku było naszym celem), jednak jako że skradziono mi paszport, porzuciliśmy ten pomysł (może w następne wakacje…). No ale teraz przyszedł czas na to, na co czekaliśmy od początku, a mianowicie lot na… Hawaje!!! Tak, tak… tam też byliśmy. Konkretnie na Oahu w Honolulu – stolicy tego archipelagu. Normalnie raj na Ziemi – gorącooooo (a był to październik!), Waikiki Beach, hawajskie naszyjniki, atmosfera wiecznej imprezy, drinki z parasolkami, Centrum Kultury Polinezyjskiej (gdzie poznaje się obyczaje i kulturę mieszkańców Samoa, Nowej Zelandii, Tahiti, Fiji itp. i gdzie bierze się udział w tradycyjnej uczcie Luau (megawypas!) – ty jesz, a dookoła ciebie wywijają tancerki :) Wybraliśmy się tutaj także na podróż wokół całej wyspy Oahu (naszym odjazdowym niebieskim jeepem), jak również na nurkowanie na Waikiki Beach (były żółwie, rybki i rafy). Odwiedziliśmy też Pearl Harbor (co z pewnością pochwaliłaby moja pani od historii z gimnazjum), ale Wam tego nie polecam – niby miejsce ważne dla Amerykanów, a lipa taka, że szkoda nawet czasu na dojazd tam (lepiej się wybrać do lasu deszczowego). A poza tym, gdy odwiedzacie Oahu i Honolulu, to tym samym odwiedzacie miejsce gdzie kręcili Jurasic Park, Błękitną Lagunę, Żar Tropików, Słoneczny Patrol i gdzie obecnie kręcą kolejne odcinki do ‘Lost’ :] A gdy hawajska przygoda dobiegła końca, udaliśmy się w stronę ostatniego punktu naszej podróży, który New York się zwał. Tutaj normalnie to czułem się jak ryba w wodzie – 19,5 mln ludzi, tłok, hałas, w powietrzu wyczuwa się wszechobecną konkurencję, każdy się gdzieś spieszy, szturchają cię w drodze do metra – czad! Do tego te drapacze chmur…
A do Polski odlecieliśmy (z 3,5 godzinnym opóźnieniem) 11 października z lotniska JFK. Oczywiście na Okęciu (podobnie jak na Maui na Hawajach i w Nowym Jorku) zgubiono nam bagaże, ale to już inna historia… Mam nadzieję, że to, co tu napisałem, przynajmniej trochę pomoże Wam w podjęciu decyzji o podróży do USA. Moglibyście mi zarzucić, iż napisałem za dużo o samych atrakcjach i miejscach jakie tu odwiedziłem, ale wydaje mi się, że w programie takim jakim jest Work & Travel, to własnie część Travel jest najważniejsza. Ja jadąc do Stanów, od razu nastawiłem się na to, że wszystko, co zarobię, wydam na to, co mi się spodoba i na podróżowanie. Tak też zrobiłem i nie żałuję. Jest to doskonałe miejsce na zdobycie doświadczenia różnego rodzaju, jakże inne niż to, które zdobędziecie w Europie kontynentalnej lub niekontynentalnej, gdyż, nie ma się co oszukiwać, ale USA to nie tylko inny kraj – to po prostu inny świat. Życzę powodzenia w Waszym odkrywaniu Ameryki i do zobaczenia być może właśnie gdzieś tam :) P.S.
|
|||||
|
|||||