Nowy Jork Londyn Toruń Sydney |
|||||
|
|
|||||
|
Piotr Kurczewski 18 listopad 2007 Byłem w USA dwukrotnie. W roku 2006 trafiłem do Jackson, Wyoming. Rok później wybrałem Portland, Maine. W obu przypadkach znalazłem pracę samodzielnie, korzystając z pomocy przyjaciół będących na miejscu. Lecz jeśli ktoś wybiera się do Stanów po raz pierwszy lub nie może liczyć na pomoc ze strony znajomych, najlepiej by skorzystał z opcji szukania pracodawcy poprzez STWork. Ta opcja jest droższa od opcji „szukam pracy sam” o 150 dolarków, ale warto skorzystać z pomocy fachowców, chociażby po to, by zaoszczędzić czas. Z czasem trzeba się zaś liczyć podczas organizowania wypadu za ocean. Dobrze jest podjąć decyzje o wylocie odpowiednio wcześnie i jak najszybciej zgłosić chęć uczestnictwa w programie. Można wówczas liczyć na bilet tańszy o ładnych kilkaset złotych. Jeśli zatem wylot planujemy na początek czerwca, to dobrze jest zgłosić się do biura organizującego wyjazd nie później niż na początku lutego (najlepszą opcją jest jednak zapukać do biura już w pierwszych dniach stycznia, tuż po tym, gdy minie uporczywy ból głowy po Sylwestrze:) Za pierwszym razem jest zawsze ciężko, czego chyba nie muszę nawet nikomu mówić. To żadne novum. Tak jest przecież z większością rzeczy, które robimy po raz pierwszy, a które wiążą się z całkowitą zmianą środowiska, w którym się wychowaliśmy. Ameryka nie jest przecież obcą planetą. Nie jest to również miejsce, które może nas zaskoczyć sytuacjami lub odmiennościami kulturowymi w rodzaju tych, jakie moglibyśmy napotkać lądując w kraju arabskim lub wschodnioazjatyckim. Pierwszą z barier, jakie stały przede mną podczas pierwszej podróży do USA, było pytanie „jak ja się z nimi dogadam”? Nie było tak źle. To prawda, że na początku często trudno jest znaleźć odpowiednie słowo nawet w zupełnie banalnych sytuacjach (w sklepie, w autobusie, przy odprawie bagażowej). Doprawdy nie jest wówczas najważniejsze, czy znasz język perfekcyjnie, czy też nie. Najważniejsze by po prostu przełamać się i pozbyć lęku proszenia o pomoc. Amerykanie są bardzo przyjaźni i dobrze odnoszą się do obcokrajowców. Trzeba być przygotowanym na to, że przy pierwszym spotkaniu większość Amerykanów przepyta nas dokładnie skąd?, dlaczego akurat tu?, na jak długo? i w jakim celu? znaleźliśmy się w „amerykańskim śnie”. W większości przypadków można liczyć na ich szczerą pomoc i to wcale nie dlatego, że akurat są w pracy a pomoc klientowi traktują jako swój obowiązek. Po prostu są mili, życzliwi i znacznie częściej uśmiechają się „bez powodu” niż Polacy. Moim zdaniem nie warto czegokolwiek z góry zakładać, jeśli chodzi o to, kogo spotkamy i jak zostaniemy przyjęci. Taka postawa rodzi zbędne uprzedzenia i nie sprzyja nawiązywaniu kontaktów (a tych warto przecież nawiązać możliwie wiele). Warto zaś być pewnym siebie (choć nie niegrzecznie napuszonym) i w trakcie rozmowy patrzeć rozmówcy prosto w oczy (choć nie nachalnie). Gdy spuścimy wzrok i ściszymy głos w rozmowie np. z przyszłym pracodawcą, może on nas odebrać, jako osobę niezdecydowaną, strachliwą lub wręcz nieszczerą. A to ważne, by przy pierwszym spotkaniu dobrze „wypaść”. Trzeba również pamiętać, że Amerykanie są bardzo tolerancyjni. Oczekują zatem tolerancyjności również od innych. To tyle, jeśli chodzi o porady dotyczące zachowania. Dodam jeszcze, że byłem bardzo mile zaskoczony tym, jak ludzie traktują nowego przybysza. To bardzo pomaga szczególnie podczas pierwszego dnia w pracy – pomagają i są wyrozumiali, gdy coś nam początkowo nie wychodzi. Jeśli zaś chodzi o stosunek przełożonych do naszej pracy, to raczej nie należy się spodziewać złośliwego krytycyzmu. Amerykanie bardzo cenią każdą pracę. Każdą dobrze wykonaną. Nie ważne czy jesteś głównym księgowym w Enronie, chłopcem rozwożącym poranne gazety, czy zmywającym w restauracji. Dla mnie wyjazd do Stanów był – w obu przypadkach – przede wszystkim przygodą. Tu nie chodzi tylko o to, by zwróciła się kasa. Ta w znakomitej większości przypadków zwraca się w stu procentach. Często z nawiązką. Chodzi o to, by zobaczyć, poczuć, zrozumieć. By poznać ludzi i się z nimi bawić, sfotografować, co się da i – przede wszystkim – rzucić wyzwanie samemu sobie. A po powrocie do kraju cieszyć się z sukcesu. W Ameryce jest on znacznie łatwiej osiągalny. Jest w zasięgu ręki każdego, kto chce spróbować czegoś nowego i kto wierzy we własne siły. W Ameryce jest mnóstwo miejsc wartych odwiedzenia. Zachwyca nie tylko wielokulturowa atmosfera wielkich miast, urozmaicone wybrzeże stanów nadmorskich, takich jak Maine, czy malownicze doliny w górskim krajobrazie Wyoming. W Stanach jest 58 parków narodowych. Marzyłem, by dotrzeć do możliwie największej ich liczby. Udało mi się zaliczyć jedynie trzy, co i tak oznacza, że na każdy wypad przypadło półtora parku. Wynik nie jest najgorszy, prawda?;) To prawda, że dolar leci na łeb na szyję i po powrocie do kraju zapracowana sumka dolarów nie jest już tak duża po wymianie na złotówki jak kilka lat temu. Cała ta impreza wydaje się zatem coraz mniej opłacalna. To prawda. Ale jedynie, jeśli weźmiemy pod uwagę jej stronę finansową. Patrząc na wyjazd do USA z każdej innej strony, nadal uważam, że warto tam dotrzeć, zobaczyć, przeżyć i wrócić. I warto również skorzystać z pomocy STWork. To przede wszystkim mili ludzie, przyjaźnie i wyrozumiale ustosunkowani do każdego początkującego (i często zagubionego) obieżyświata. Ale liczy się także ich profesjonalizm i umiejętność rozwiązywania pojawiających się problemów. Korzystałem z ich pomocy dwukrotnie. Obecnie myślę o wyjeździe do Australii. Jeśli dopnę swego, to jedynie we współpracy z STWork :) Udanych wojaży!
|
|||||
|
|||||