Nowy Jork Londyn Toruń Sydney |
|||||
|
|
|||||
|
Ariel Możdżyński Sierpień 2008 Spróbuję Wam opisać w kilku zdaniach moje refleksje związane z wyjazdem do Australii. O programie „Study & Work Australia” dowiedziałem się od koleżanki którą zawoziłem na lotnisko do Warszawy, skąd właśnie wybierała się do Sydney. Opowiedziała mi wstępnie jak taki wyjazd trzeba załatwić i do kogo się zgłosić. Pierwszym moim krokiem był telefon do biura ST Work z prośbą o podanie adresu, gdzie można zrobić badania lekarskie w Poznaniu, które są potrzebne do wizy oraz o wyszukanie połączenia lotniczego do Sydney. Kolejnym krokiem była rozmowa z Wojtkiem, który jest na miejscu w Australii, w celu załatwienia szkoły, do której trzeba się zapisać, żeby otrzymać wizę. Trwało to jakieś 3 tygodnie i już wiedziałem, że mam załatwioną szkołę i wizę oraz zabukowany bilet, więc tylko czekałem na wylot :) Leciałem w styczniu 2007 roku z Warszawy do Londynu, a następnie do Hong Kongu i do Sydney. Z lotniska odebrał mnie właśnie Wojtek, który od razu się mną zajął. Miałem załatwione mieszkanie, dojazd do domu i przedstawione jakimi liniami mam się poruszać, żeby dojechać do jego biura oraz szkoły. Pierwsze dni wiadomo szkoła i oczywiście podziwianie krajobrazów. Jest to bardzo piękny kraj, nie mówiąc już o Sydney, gdzie człowiek ma wrażenie, że jest w innym świecie. A będąc przy operze czy na moście człowiek nie dowierza, że tam się znalazł! Kolejne dni spędziłem u Wojtka w biurze, gdzie pomagał mi założyć własną działalność. Potem odbyłem jednodniowe szkolenie z przepisów BHP. Pierwszą pracę miałem załatwioną przez Arka – Polaka, którego tam poznałem na miejscu. Kolega ten dużo mi pomógł żebym się odnalazł w tym wielkim mieście. Oprowadził mnie po marketach, pokazał, gdzie można robić zakupy z polskim jedzeniem. Dużo opowiadał o życiu w Australii ponieważ on był tam już 6 lat. Mogę więc Wam powiedzieć, że tam można liczyć na pomoc od Polaków jeżeli chodzi o początki, gdy człowiek tego bardzo potrzebuje.
Kolejną pracę załatwił mi Marcin – kolega Wojtka z biura, gdzie razem pracują. Niestety musiałem opuścić Sydney i wyjechać do Canberry, która jest stolicą Australii. Tam również pracowałem u Polaka, który wyjechał po mnie na dworzec, dał zakwaterowanie i przyjął z otwartymi rękoma, czyli znów podobna sytuacja, gdzie udowodnił, że jednak Polacy potrafią się szanować.
Po kilku miesiącach wróciłem na kilka dni do Sydney, skąd miałem wylot i mogłem pozwiedzać jeszcze to wielkie i piękne miasto. Na koniec mogę powiedzieć, że kto tam nie był to tego wszystkiego nie przeżyje patrząc w telewizor czy Internet. Jest warto!
|
|||||
|
|||||