Nowy Jork               Londyn               Toruń               Sydney

Krzysiek Klaja

4 styczeń 2008

Skąd w ogóle pomysł, żeby wyjechać do Australii? Jak miałem 7 lat, to tata poleciał na wycieczkę dookoła świata i między innymi zahaczył o Sydney i Nową Zelandię. Tak bardzo mu się tam spodobało, że mniej więcej od tamtego czasu zapisał mnie i brata na naukę angielskiego, żebyśmy kiedyś też mogli zobaczyć drugi koniec świata, a jak szczęście dopisze – żeby się tam osiedlić.

No i w końcu, po około 12 latach nauki angielskiego, gdy kończyłem technikum i czas było iść na studia zacząłem poważniej o tym mysleć. Na początku chodziło raczej o Nową Zelandię, czytałem z bratem (w sumie bardziej on niż ja) różne polskie fora dyskusyjne jak się tam dostać i załatwić wizę, ale szukając informacji o wyspach, gdzie rośnie kiwi trafiałem też często na strony o Australii. Potem doszły mnie słuchy, że w sumie dużo Nowozelandczyków wyjeżdża do Sydney i w ogóle do Australii, że rozejrzałem się też w tym kierunku. Przez bardzo długi czas przedzierałem się przez najróżniejsze strony o studiach i college’ach w Sydney, o tym jak przejść procedurę wizową i jak uprawiać inną, niezbędną niestety biurokrację.

Gdy wiedziałem już mniej więcej na czym stoję zacząłem myśleć o jakiejś konkretnej szkole, do której mógłbym się zapisać. Moją uwagę zwrócił jeden sportowy college – coś tam of Sport and Fitness, bo swojego czasu byłem zapalonym uczestnikiem treningów krav magi w Toruniu, gdzie studiowalem też archeologię podwodnę. Pewnego pięknego dnia, odwiedzając jednego z kolegów w toruńskim akademiku zauważyłem na ścianie ogłoszenie biura ST Work z wielkim napisem „AUSTRALIA” J. Pomyślałem, że mam wielkie szczęście, że jest w tym małym Toruniu australijskie biuro. Urwałem karteczkę z adresem i numerem telefonu i w sumie zapomniałem o tym na kilka tygodni. Po jakimś czasie jednak znów przypomniałem sobie, że trzeba uciekać z ojczyzny i z nowymi siłami skierowałem swe kroki na ul. Szeroką poznać zespół ST Work – Sławka i Karolinę. Okazało się, że mają kontakt z tym sportowym collegem, do którego chciałem iść, więc zapowiadało się obiecująco. Dowiedziałem się jeszcze, że organizują wykład o pracy i nauce w Australii w jednej z sal wykładowych UMK. Powiadomiłem o tym brata, który specjalnie przyjechał na to spotkanie z Poznania do Torunia. Po wykładzie poznałem osobiście Wojtka, koordynatora z Syndey, z którym wcześniej wymieniłem kilkadziesiąt maili i przeprowadziłem kilka rozmów telefonicznych.

Znów trochę dni minęło, ale w międzyczasie tata poradził mi, żebym zamiast college’u sportowego wybrał coś bardziej przyszłościowego. Musiałem przyznać mu rację. Ale co tu wybrać? Szkół są setki, kierunków tysiące. W końcu, po wielu wieczorach siedzenia w australijskim internecie stanęło na 3 tygodniowym kursie angielskiego w jednym college’u (tylko po to, żeby mieć po nim wakacje) i komputerowym college’u Academy of Information Technology, które to szkoły zaproponował mi Wojtek. Kurs pre-press + graphic design, a drugi kurs w tej samej szkole to multimedia. Dlaczego 2 kursy? Bo oba łącznie trwają 2 lata, a żeby australijski urząd imigracyjny uznał edukację, żeby potem móc starać się o wizę rezydencką trzeba uczyć się minimalnie 2 lata. A ten kurs daje 60pkt do wspomnianej wizy (gdzie trzeba uzbierać 120 pkt., oprócz szkoły za jeszcze inne dziwne rzeczy). Tak więc, jakoś po ponad roku kontaktowania się mailowo z Wojtkiem i odwiedzania od czasu do czasu biura ST Work, miałem wymarzoną szkołę i byłem zdecydowany podjąć ostatnie kilka konkretnych kroków – zrobić badania lekarskie, wyrobić nowy, rzucić studia, no i zapłacić za tą całą imprezę.

Okej. Wylot ustalony na 23 października 2007. Poznań – Frankfurt – Hong-Kong – Sydney. Nigdy wcześniej nie leciałem pasażerskim samolotem, nigdy wcześniej nie byłem na dłużej za granicą (max to 1 miesiąc w pracy we Włoszech, jakoś miesiąc czy dwa przed odlotem), nigdy wcześniej nie byłem w anglojęzycznym kraju, nigdy wcześniej nie używałem mojego angielskiego w praktyce.

Lot był długi i męczący (fajnie się samolotom wyginają skrzydła przy starcie), ale w końcu, po 22 godzinach dotarłem na miejsce. Na lotnisku odebrał mnie Marcin, który pracuje tu razem z Wojtkiem w biurze, które często odwiedzam. Marcin wziął mnie samochodem na przejażdżkę po centrum, był wieczór i padał deszcz, ale tak czy siak było fajnie, a potem odwiózł mnie do niewielkiego hostelu, gdzie mieszkam po dziś dzień. Teraz jestem tu najstarszym stażem mieszkańcem. Nie mogę narzekać, lokalizacja jest bardzo dobra (blisko centrum, więc nie muszę kupować biletów, żeby np. dostać się do szkoły, chyba że chcę pojechać na plażę – spod domu mam 2 różne autobusy na 2 różne plaże, no i jeszcze autobus do pracy też odjeżdża spod domu), warunki średnie, ale po dwóch latach mieszkania w akademiku człowiek przyzwyczaja się do wielu rzeczy.

Wylot do Sydney jest trzecią wielką spontaniczną decyzją w moim życiu. Pierwszą był wybór szkoły średniej – pięcioletnie technikum samochodowe, potem wybór studiów – archeologia podwodna.

Trzy życiowe zakręty. Każdy z nich ma swoje plusy i minusy. Żadnego wyboru nie żałuję, chociaż brakuje mi mojego przyjaciela, mojej dziewczyny, rodziny i podwodnych wykopalisk.

Jeżeli myślisz poważnie o Australii – polecam ludzi z ST Work.

P.S. Jeśli chcesz się ze mną skontaktować, pogadać, czy o coś zapytać – pytaj śmiało: redshoehart(at)gmail.com


W celu uzyskania szczegółowych informacji prosimy o kontakt.

Licznik odwiedzin: 6949

Copyright © ST Work. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Projekt i wykonanie: Małgorzata Bożek, tekst: Kari

kalwaria-praszka.pl/ www.remontart.pl stwork.pl/ www.bbiala.boo.pl cz.oaza.pl